piątek, 25 lipca 2014

Prolog

  Powoli kończyłam pracę. Stali klienci powoli zbierali się do wyjścia. Kafejka miała jedno pomieszczenie z stolikami no i oczywiście zaplecze. Słońce już dawno zaszło, więc światło dawały jedynie lampy. Beżowe ściany, przybrały ciemniejszą barwę. Wycierałam właśnie blat, kiedy ostatni klient opuścił lokal. Nareszcie wolna, do następnego dnia, ale zawsze jest te kilka godzin. Wytarłam ręce w czarne jeansy i odplątałam fartuszek ściągnęłam też plakietkę z moim imieniem i klasycznym, W czym mogę pomóc. Właściciel po dwóch latach już mi ufał, więc wyszedł wcześniej. Wymyłam wszystkie talerze po ciastkach i wszystkie szklanki, Ciastka, które zostały spakowałam do torebki, tego dnia zostało ciasto czekoladowe ulubione mamy, Katie pewnie też się skusi. Zgasiłam powoli wszystkie światła, a później zamknęłam drzwi. Na oknie wisiał plakat o Loterii. Nie zatrzymałam na nim nawet wzroku, koło mojego domu walały się takich tysiące. Ruszyłam prosto na przystanek autobusowy. Ostatni klient został dłużej, więc uciekł mi ten, którym zawsze wracałam do domu.
  Był koniec lata, więc w Genevierze (naszym państwie) nawet wieczór był gorący. Wspaniałe domy wille wręcz stały po obu stronach ulicy, po której jeździły najnowsze modele samochodów, a wielopiętrowe wieżowce dosłownie przecinały chmury. Mijali mnie biegacze ze bezprzewodowymi słuchawkami w uszach połączonych do prawie przeźroczystych telefonów. Posiadać takie coś musi być fajne, ale to bezsensowny wydatek, za takie pieniądze mogłabym kupić siostrze i mamie więcej jedzenia. Odrzuciłam od siebie te przykre myśli. Dostałam dzisiaj konkretne napiwki, więc puki byłam w sferze drugiej poszłam do sklepu i kupiłam chleb, mleko starczyło mi nawet na dwa zielone jabłka. Pachniały soczyście, a błyszczały jak wypolerowane. Aż mi ślinka napłynęła do ust, ostatnio jadłam coś dopiero koło dwunastej, prawie osiem godzin temu, ale myślałam o innym pustym brzuchu, a właściwie o dwóch. Mama pewnie znów zrobiła wodę z kapustą, która nazywamy zupą. Katie jej nie znosi. Zapłaciłam mile uśmiechającej się starszej kobiecie, była jedną z piątek, które miały tyle szczęścia i znalazły pracę w wyższych sferach, jak ja. Pracowałam dla dwójek, które miały sieć kafeterii na terenie całego kraju. Zabrałam swoje zakupy i zjadłam dwie kromki chleba. Pyszny, jeszcze chrupiący, musiałam się pilnować żeby nie zjeść więcej.
  Na przystanku stało kilka osób, prawdopodobnie z czwartej sfery, zazwyczaj dało się rozpoznać po stylu, w jakim się ubierali. Po drugiej stronie był ciemny zaułek, w którym stały skąpo ubrane dziewczyny. Smutny widok, ale rozumiem, dlaczego to robią. To są dziewczyny z piątej sfery, którym nie udało się znaleźć legalnej pracy, więc postanowiły tak zarobić. Sfera piąta, czyli mój dom, była miejscem gdzie wszyscy pracowali. Dzieci zamiast uczęszczać do szkoły, do czasu 15 urodzin uczyli się zawodu, jak usługiwać wyższym sferom, szyć ubrania z skrawków materiałów i innych życiowych spraw, a później pracowali. Bardzo niewielu w naszej sferze umiało czytać lub pisać. Pracowaliśmy przez całe życie, ale i tak byliśmy najbiedniejszą sferą, po nas była jeszcze tylko sfera szósta, ale w niej żyli tylko bezdomni, wrogowie korony, wydziedziczeni lub ci, którzy uciekli z swoich sfer. Takie sytuacje się rzadko zdarzały, czasem para, która się w sobie ‘zakochała’ nie chciała przyporządkować do panujących zasad, woleli zostać wyrzutkami niż wyjść za tych, których wybrali im rodzice. Sfera szósta, była bardzo niebezpieczna, w niej żyły dzikie zwierzęta, składała się głównie z puszczy, drzew i krzaków. Nikt się tam nie zapuszczał, poza odludkami.
  Nareszcie podjechał autobus. Wsiadłam bez kasowania biletu, przejazd komunikacją publiczną był darmowy, ale i tak jedynie czwórki i piątki z niego korzystałyby dojechać do pracy. Czwórki były bogatszą sferą niż my, ponieważ była to sfera artystyczna. Wynajmowani przez dwójki, czasem trójki, jeszcze rzadziej jedynki, ale tak też się zdarzało, dostawali o wiele więcej napiwków, a że my, jako niższe sfery utrzymywaliśmy rodziny głownie z napiwków. Trójki to byli naukowcy. Im płacili za godziny pracy sumiennie. Mieli pieniądze na samochody, telefony czy na zwierzęta (po naszych ulicach biegały tylko bezpańskie, wykluczone z Czystego Miasta, które szukały jedzenia.)
  Jadąc autobusem widziałam, że powoli zbliżam się do miejsca zamieszkania czwórek, Dzielnicy Artystycznej. Wspaniałe budynki zniknęły a ich miejsce zajęły małe domki. Na gankach siedzieli ludzie grając na gitarach, fletach, skrzypcach w jednym domu nawet na starym fortepianie, śpiewając i tańcząc by uczcić zbliżającą się Loterię. Czwórki często były w niej wybierane, dziewczyny, jako artystki miały materiały upiększające, a w arkuszu zgłaszającym zawsze proszą o zdjęcie. Ja osobiście miałam bardzo mało zdjęć. Może jedno moje i z dwa zdjęcia całej rodziny. Tylko raz wybrano w Loterii piątkę, ale wyrzucili ją po pół roku.
  To był ostatni przystanek, w mojej drodze do domu. Jedenaście godzin pracy dało mi się we znaki. Zostało mi jeszcze trochę z napiwków, bo przyszło kilka dwójek i jedna jedynka. Pierwsza sfera to arystokracja. Byli najbogatsi ze wszystkich, nie ma, co się dziwić. Sfera druga to wpływowi biznesmeni, doradcy króla oraz damy dworu, mieli dość pieniędzy by posyłać swoje dzieci do Akademii Wdzięku lub Męskiej Akademii, wpłacając za nich sporo pieniędzy, trójki również w ten sposób, kształcili swoje pociechy. To właśnie o to chodziło w Loterii. Szansa dla ludzi z biednych środowisk na naukę. Kandydaci w wielu 16 lat wysyłały formularze zgłoszeniowe, wraz ze zdjęciami. Odpowiednie kandydatki dostawały szansę uczenia się w Akademii Wdzięku i miały możliwość zostania damami dworu, czyli prawowitymi dwójkami, a kandydaci uczyli się w Męskiej Akademii zostawali doradcami i również otrzymywali status dwójek.
  Chodzenie po zmroku Genevierą jest niebezpieczne, a zwłaszcza tą dzielnicą. Oczywiście na potrzeby Loterii ulice były wysprzątane, ale kręciło, się po nich wielu podejrzanych typów. Zamiast małych domków jednorodzinnych stały wielkie bloki, jak już wcześniej wspominałam po ulicach biegały wychudzone psy czasem koty. Domy stały w równych rzędach. Na ulicach świeciła do druga czasem, co trzecia latarnia, wszelkie używki takie jak alkohol albo papierosy były zakazane w naszej sferze jednak niektórym pracownikom udawało się je dostać. Pod jedną z latarni na starej ławce siedziało kilka prawie zlanych w trupa sprzątaczy. Ominęłam ich szerokim łukiem, nie chciałam problemów. Mieszkałyśmy za rynkiem, na który trzeba było przyjść by obejrzeć Loterię na wielkim bilbordzie, jedyny wolny dzień poza niedzielą. Poprawiłam starą torbę, która znalazłam kiedyś koło kosza trójek w Czystym Mieście, nie rozumiem, czemu wyrzucają dobre rzeczy, trzeba było tylko załatać jedną dziurę i po sprawie. Byliśmy najbliższą sferą, która mieszkała koło Puszczy, czyli tam gdzie mieszkały szóstki.
  Powoli zbliżałam się do szarego bloku, który był moim domem. Na trzecim piętrze świeciło się okno, mama i Katie pewnie czekają na mnie. Szybko wbiegłam po schodach, wyciągnęłam klucz i otworzyłam drzwi. W przedpokoju było ciemno, ale z salonu słyszałam dźwięk pracującej maszyny. Mama jeszcze szyje dla trójek. Była najlepszą krawcową w całej piątek sferze, dlatego miałam znośnie ładne ubrania i dlatego przyjęli mnie do pracy w Czystym Mieście.
  -Mamo? Katie? Wróciłam. –Zawołałam zdejmując używane trampki i odwieszając torbę na miejsce. Usłyszałam cichą odpowiedź z salonu.
  -Tutaj. –Przeszłam prosto do pierwszego pokoju po prawej. Mama siedziała przy stole szyjąc jakąś długą czerwoną sukienkę. Podeszłam do niej i pocałowałam w policzek.
  Na starej ciemnozielonej kanapie pod ścianą spała spokojnie Katie, moja dziesięcioletnia siostra, a u jej nóg zwinięta w kłębek leżała Szczęściara, kotka, którą moja siostra przygarnęła przekonując mamę przez tydzień. Katie była bardzo podobna do mamy. Miała tak samo jak ona długie blond włosy, niebieskie jak niebo oczy i była dość niska. Mama również była blondynką o niebieskich oczach, mniej więcej mojego wzrostu, czyli przeciętnie. Jej twarz wyglądała na bardzo zmęczoną, miała też zmarszczki naokoło oczu od uśmiechania się, bo chociaż pracowała bardzo sumiennie często się uśmiechała. Ja za to miałam czarne włosy i brązowe oczy. Mama zawsze mówiła, że wyglądają trochę jak czekolada.
  Pokój był skromny. Stara zielona kanapa, kilka szafek, manekiny mamy, maszyna do szycia, jeden fotel. Tak wyglądał prawie każdy dom w naszej sferze. Za bardzo potrzebowaliśmy pieniędzy na jedzenie, żeby urządzać wnętrza.
  -Zostało dzisiaj trochę ciasta czekoladowego. Kupiłam też chleb, mleko i dwa jabłka. Jedno dla ciebie i dla Katie. –Uśmiecham się do niej i przekazuję jej zakupy.
  -Nastia? A ty coś jadłaś od wczoraj? –Mama popatrzyła na mnie przenikliwie, jednak zniosłam jej spojrzenie i kiwnęłam głową.
  -Jasne, jadłam w pracy. Przyszły dzisiaj dwójki i jedynka, wiesz ile dzisiaj dostałam. –Wyciągnęłam resztę pieniędzy i wrzuciłam je do starego słoika. –Będziesz mogła jutro coś kupić jak będziesz wracać z tym projektem. To dla dwójki prawda? Jest śliczna. –Mama kiwnęła głową, ale później sposępniała.
  -Za tydzień Loteria. Denerwujesz się?
  -Nie. Nie wrzuciłam swojego zgłoszenia. Chociaż Katie o tym nie wie. Proszę nie mów jej. Może ci w czyś pomóc?
  -Nie trzeba, mała. Idź już odpocząć. Dobranoc –podeszła, pocałowała mnie w policzek i wróciła do swojej sukienki.
  Jako piątki płaciliśmy tylko za jedzenie, nie trzeba było płacić za prąd, wodę czy nieruchomość. W każdym domu był telewizor, a wiadomości pojawiały się zawsze koło dwudziestej darmowo, za inne programy trzeba płacić. W domu oglądaliśmy jedynie te wiadomości, ale razem tylko w weekendy, ponieważ ja zawsze wracałam po domu po dwudziestej pierwszej.
  Wzięłam swoje rzeczy z mojego pokoju, który dzieliłam z Katie, był mały prawie pusty. Szare ściany obszarpana farba, kilka półek. Dwa łóżka i szafa. Cały wspaniały wystrój wnętrza. Zabrałam piżamę i ruszyłam do łazienki. Tam również było skromnie. Tylko wanna, toaleta i umywalka a nad nią lustro. Szybko wykąpałam się i umyłam włosy.
  W domu było jeszcze jedno zdjęcie. Zrobione w kościele tuż po ślubie, siedemnaście lat temu. Tata był górnikiem, co jest typową pracą piątek, rodzice wybrali go dla mamy a ona zrobiła to, co do niej należało. Wychowali mnie, później urodziła się moja siostra, a kiedy miała dwa lata, na kopali zdarzył się wypadek. Byłyśmy jedyną rodziną, która miała tylko dwójkę dzieci w sferze piatej, ale mama nie była wytykana z tego powodu po śmierci ojca. Przez pół roku nie pozbierała się po śmierci ojca, ale teraz jest już lepiej.  

  Nie miałam zbyt wielu przyjaciół, jak byłam młodsza bawiłam się z Tarą –czwórką, która mieszkała bardzo blisko granicy sfer. Była moją rówieśniczką i miała ogromny talent plastyczny. Dwa lata temu odkrył ją jeden biznesmen, a z tego, co słyszałam maluje teraz portrety rodziny królewskiej. Cieszyłam się z jej sukcesu, bo w ten sposób została dwójką i jej rodzine powodzi się o wiele lepiej. Brakowało mi jej czasem, ale samotność mi nie doskwierała. Nie miałam czasu dla innych. Byłam wdzięczna, że udało mi się znaleźć tak wcześniej pracę. To się liczyło i to było dla mnie najważniejsze, a nie mieszkanie w pałacu z księżniczkami z całego kraju.